– Skądże. – Aaron zgodził się ze mną niewzruszonym tonem. – Wciąż jednak nie odpowiedziałaś na moje pytanie.
– To nie było pytanie – odparłam, a słowa smakowały gorzko. – To, co powiedziałeś, nie było pytaniem. Ale to nieistotne, bo nie potrzebuję cię, dziękuję bardzo.
– Jasne – powtórzył, podkręcając mój poziom frustracji. – Choć uważam, że potrzebujesz.
– To źle uważasz.
Brew uniosła się jeszcze wyżej.
– A jednak zabrzmiało to tak, jakbyś bardzo mnie potrzebowała.
– Cierpisz najwyraźniej na poważny defekt słuchu, bo powtarzam po raz kolejny, źle usłyszałeś. Nie potrzebuję cię, Aaronie Blackfordzie. – Przełknęłam ślinę, próbując pozbyć się suchości w ustach. – Mogę ci to wręczyć na piśmie, gdybyś chciał. Wysłać maila, gdyby to mogło ci to pomóc.
Wyglądało to tak, jakby przez chwilę zastanawiał się nad tym z niezainteresowaną miną. Ale znałam go na tyle, by nie wierzyć, że tak łatwo odpuści. Czego dowiódł, w chwili gdy tylko ponownie się odezwał.
– Czy nie mówiłaś, że ślub jest za miesiąc, a ty nie masz osoby towarzyszącej?
Zacisnęłam usta w wąską linię.
– Być może. Nie pamiętam dokładnie.– Powiedziałam tak. Słowo w słowo.