– Widzę, że wreszcie coś do ciebie dociera. – Słowa Aarona przywołały mnie do rzeczywistości, w której jego niebieskie oczy wycelowane były we mnie. – Pozwolę ci się z tym pogodzić w pojedynkę. Daj tylko znać, kiedy to nastąpi.
Zacisnęłam usta. A kiedy poczułam, że znów płoną mi policzki – bo jak żałosna musiałam się wydawać Aaronowi Blackfordowi, który nigdy nie żywił do mnie cienia sympatii, żeby poczuł taką litość, by zaproponować, że sam mi potowarzyszy?
Skrzyżowałam ręce na piersi i odwróciłam wzrok od tych dwojga lodowatych, okrutnych oczu.
– Aha, Catalino?
– Tak? – Słowo ledwo wydostało się z moich ust. Ech, co za żenada.
– Postaraj się nie spóźnić na spotkanie o dziesiątej. To przestało być urocze.
Natychmiast spiorunowałam go wzrokiem, a prychnięcie utkwiło mi w gardle.
Dupek.
Poprzysięgłam sobie w tamtej chwili, że któregoś dnia znajdę wystarczająco wysoką drabinę, wespnę się na nią i cisnę czymś z całych sił w tę jego irytującą facjatę.
Rok i osiem miesięcy. Tyle go znosiłam. Liczyłam, czekałam na swoją chwilę.
Po tych słowach, ze skinieniem głową, odwrócił się i odszedł. Odprawił mnie do odwołania.
– To było… – Rosie urwała, nie kończąc zdania.