– Lino – odezwała się Rosie ze sztucznym, bardzo szerokim uśmiechem, który przybierała, kiedy nie chciała być nieuprzejma. – Wygląda, jakby mówił poważnie – oznajmiła, wciąż nienaturalnie rozciągając usta, a wzrokiem badała stojącego za mną mężczyznę. – Tak. Myślę, że może mówić poważnie.
– Nie. Nie może. – Pokręciłam głową, nie zamierzając się odwracać i przyznawać, że moja przyjaciółka mogła mieć rację.
Nie mogła. Nie było mowy, żeby Aaron Blackford, współpracownik i wieczny wrzód na moim tyłku, choćby spróbował zaproponować coś w tym rodzaju. Za. Żadne. Skarby.
Usłyszałam za sobą zniecierpliwione westchnienie.
– To się robi nużące, Catalino. – Długa przerwa. A potem kolejny głośny wydech wydostał się z jego ust, tyle że tym razem dłuższy.
Ale się nie obróciłam. Byłam twarda.
– Nie zniknę tylko dlatego, że mnie ignorujesz. Wiesz o tym.
Wiedziałam.
– Co nie oznacza, że nie będę się starała – wymamrotałam pod nosem.
Rosie przywołała mnie wzrokiem do porządku. A potem wyjrzała zza mnie, przywołując ten swój szeroki uśmiech na miejsce.
– Przepraszam cię za to, Aaronie. Nie ignorujemy cię. – Uśmiech był coraz bardziej napięty. – My… o czymś dyskutujemy.