Poczułam nawet, jak satynowa bluzka, którą włożyłam do beżowych spodni, naciągnęła się gwałtownie.
Mogę go zabrać.
Na wesele siostry. Jako… partnera?
Byłam zdumiona, a jego słowa krążyły mi po głowie.
A potem coś we mnie pękło. Absurd tego czegoś – jakiegoś perwersyjnego żartu, który usiłował mi zrobić ten niegodny zaufania człowiek – spowodował, że pusty śmiech powędrował w górę mojego gardła, dotarł do ust i wyrwał mi się niespodziewanie i głośno. Jakby mu się spieszyło.
Zza moich pleców dobiegło chrząknięcie.
– Co cię tak śmieszy? – Jego głos stał się cichszy i bardziej lodowaty. – Mówię całkiem poważnie.
Pohamowałam się przed kolejnym parsknięciem. Nie mogłam w to uwierzyć. Ani przez sekundę.
– Szansa, że – odezwałam się do Rosie – mówi naprawdę poważnie, równa jest szansie, że zjawi się tu nagle Chris Evans i zadeklaruje swoją niegasnącą miłość do mnie. – Rozejrzałam się teatralnie w lewo i w prawo. – Zerowa. A więc, Rosie, mówiłaś coś o… panu Frenkel, prawda?
Nie było kogoś takiego jak pan Frenkel.