Rozpytywałem potem w domkach, czy nie zginął komuś pies. Nikomu nie zginął. Odkarmiłem go, wyleczyłem, o, i widzi pan, jaki pies. Zastanowiło mnie tylko, że z jednego domku zaraz wyjechali i na następny sezon już nie przyjechali, a potem sprzedali domek. Już parę lat, jak domek do kogo innego należy, a kiedy tylko idziemy w obchód, Reks zawsze przy tym domku na tarasie, u drzwi, się kładzie. Muszę go zawsze stamtąd zabierać, bo nowy właściciel nie rozumie, dlaczego to u jego drzwi.
Tego znów, Łapsa, uratowałem przed utopieniem. Jednego wieczora, też tak późną jesienią, po sezonie, słuchałem muzyki. Kiedy słucham muzyki, zwykle nie zapalam świateł. Wtem słyszę, jakby ktoś na tamtym brzegu podjeżdżał samochodem. Wie pan, mogę słuchać muzyki, a też wszystko słyszę. Wyszedłem na dwór, żadnych świateł nie widzę, myślałem już, że się przesłyszałem. Nagle doszedł mnie leciutki trzask, jakby ktoś bagażnik domykał. Któż to o tej porze? I tak cichuteńko, bez świateł? Pójdę, zobaczę. I też cichuteńko stawiałem stopy, żeby mnie za wcześnie nie usłyszał, boby mógł odjechać. Jeszcze nie doszedłem do niego, ale już go poznałem. Tak, z tych domków.
– Co pan tu robi? – pytam.