No, to wziąłem go pod brzuch i postawiłem. Pomyślałem, ustoi, to może coś z niego będzie. Nie wierzyłem, że ustoi. I co pan powie, ustał. Skóra i kości. Robactwo już się zaczęło do niego dobierać. Szyja od linki cała we krwi i w robactwie. Oczy w robactwie. Z pyska krwawa piana mu płynie. Chwiał się, dygotał, ale ustał. W takim razie chodź, powiedziałem, spróbujemy żyć. Odwiązałem mu tę linkę z szyi i zacząłem go namawiać, daj krok, a już pójdziesz. Najważniejszy ten pierwszy krok. Dał, ale zwalił się. Co tu robić? Wziąłem go na ręce i tak szedłem z nim. Ręce zaczęły mi jednak słabnąć. Widzi pan, jakie to wielkie psisko, chociaż wtedy połowy go nie było. Żałowałem, że nie wziąłem scyzoryka. Byłbym wyciął kilka kijów, zrobił nosze i jakoś go przyciągnął. Na szczęście byłem w marynarce, zdjąłem ją, zdjąłem koszulę, powiązałem, jeszcze umocniłem to linką, położyłem go na tym, siadłem i jakoś dźwignąłem go sobie na plecy, po czym z trudem, bo z trudem, ale wstałem. I tak go przyniosłem.