1
Rankiem pojawiała się nadzieja. Niczym przelotny błysk światła tkwiła w czarnych gładkich włosach mojej matki, których nigdy nie śmiałam dotknąć, i kładła się na języku razem z cukrem na przestygłej owsiance; jadłam ją powoli, przyglądając się wąskim złożonym dłoniom matki, leżącym nieruchomo na gazecie, na relacjach o grypie hiszpance i traktacie wersalskim. Ojciec już wyszedł do pracy, a brat do szkoły. Matka zostawała sama, chociaż i ja tam byłam, a jeśli zachowywałam się cichuteńko i nic nie mówiłam, daleki spokój w jej dziwnym sercu mógł trwać aż do chwili, gdy przedpołudnie się starzało i wychodziła zrobić zakupy na Istedgade jak inne zwyczajne kobiety.