Harry nawet nie drgnął. Usiłował tylko pochwycić wzrokiem oczy bandyty. Niebieskie. Przestępca zdjął z ramienia czarną torbę i postawił ją na podłodze między bankomatem a mężczyzną w ogrodniczkach, który wciąż przyciskał czubek długopisu do ostatniej pętelki w ósemce. Ubrany na czarno bandyta przeszedł sześć kroków do niskich drzwiczek w kontuarze, usiadł na jego brzegu, przerzucił nogi na drugą stronę i stanął za plecami Stine, która siedziała nieruchomo i patrzyła tuż przed siebie. Dobrze, pomyślał Harry. Dziewczyna zna instrukcje, nie wpatruje się w niego i nie prowokuje jego reakcji.
Mężczyzna przyłożył lufę karabinu do karku Stine, pochylił się nad nią i szepnął jej coś do ucha.
Ona jeszcze nie wpadła w panikę, ale Harry widział, że piersi unoszą jej się i opadają, jak gdyby delikatne ciało, opięte białą bluzką, która nagle zrobiła się jakby za ciasna, nie dostawało dostatecznej ilości powietrza. Piętnaście sekund.
Stine chrząknęła. Raz. Dwa razy. Wreszcie struny głosowe zaczęły jej słuchać.
– Helge! Klucze do bankomatu – powiedziała ściszonym zachrypniętym głosem, całkowicie różnym od tego, którym wypowiadała niemal dokładnie te same słowa zaledwie trzy minuty wcześniej.