Harry nie widział go, lecz wiedział, że Helge Klementsen usłyszał pierwsze słowa bandyty i już stał w drzwiach gabinetu.
– Prędko, bo inaczej... – Jej głos ledwie było słychać, a w chwili przerwy, która nastąpiła, dobiegało jedynie szuranie butów Augusta Schulza po podłodze, niczym przeciąganie miotełkami po skórze bębna w niezwykle powolnym shuffle. – ...on mnie zastrzeli.
Harry popatrzył za okno. Prawdopodobnie gdzieś tam stał samochód z włączonym silnikiem, lecz stąd nie dało się go zauważyć. Widoczne były jedynie toczące się samochody i ludzie, mniej lub bardziej beztrosko sunący za szybą.
– Helge... – Głos Stine brzmiał teraz błagalnie.