Rozdział I
WITOLD
Jestem łajdakiem, skończonym łajdakiem, zadając tak podłe pytanie kobiecie, którą darzę miłością, zaraz przed tym, jak miałem się z nią kochać. Patrzę prosto w jej piękne oczy, jeszcze przed chwilą jasnozielone, teraz tak pociemniałe z szoku, że aż czarne, i chce mi się wyć. Mam ochotę ją odepchnąć! Odepchnąć Danielę, by nie widzieć strasznego żalu w jej spojrzeniu, a potem dowlec się do okna i skoczyć. To właśnie powinienem zrobić już dawno, przed pięcioma laty, gdy zmarła moja mama: umrzeć razem z nią. Przynajmniej oszczędziłbym Dani tego bólu, tego ciosu, który przed chwilą jej zadałem.
„Która z was zabiła Mata Sawę?”, pytam ukochaną dziewczynę, chociaż gówno mnie obchodzi ten cały Mat Sawa, a jeszcze mniej odpowiedź na to pytanie, bo nawet jeśli Daniela odpowie: „Ja! Ja to zrobiłam!”, i tak nie przestanę jej kochać. Za to ona… ona już nigdy nie spojrzy na mnie z taką miłością i ufnością jak przed chwilą. Od dziś w jej oczach znajdę tylko odrazę i pogardę, na które po stokroć zasłużyłem.