Może więc to nie był przypadek, że gdy zrównała się z nim i miała już postawić ten krok dalej, jej niemowlę zakwiliło, bo sutek wymknął mu się z buzi, wcisnęła mu ponownie ten sutek i zdławiła płacz. Musiała się jednak na chwilę zatrzymać i wtedy jej i jego oczy spotkały się. Na krótko, gdyż jego spojrzenie zmroziło ją i spuściła wzrok na główkę ssącego niemowlęcia, a nawet pogłaskała je czule. Miała wprawę w ujarzmianiu ludzkiej nieufności czy nawet pogardy wobec siebie, lecz jego oczy wydały jej się nie na jego młode lata. Bił z nich jakiś smutny blask. Nie spotkała jeszcze w młodych oczach tyle cierpienia, w starych nieraz tyle się nie widzi. Najlepszy dowód, że otworzył je dopiero, gdy usłyszał płacz jej niemowlęcia. Czyżby po kimś dziedziczył to cierpienie? Każdy jest przecież niekończącym się dziedziczeniem. Skoro jednak zatrzymała się przy nim, nie mogła tak bez słowa odejść. Płacz jej niemowlęcia był już tym pierwszym słowem do niego. Więc jakby ciągnąc ten płacz, powiedziała:
– Da sobie powróżyć, a powiem, czy będzie tędy wracała.