Na ulicach pierwszy roboczy dzień roku ciągnął się żałośnie, taszcząc swój rozdęty skacowany ciężar ku popołudniu, ale w Westacres, w przestronnym centrum handlowym na zachodnich obrzeżach Londynu, głównym motywem była mająca kiedyś nadejść wiosna; choć zanim nadejdzie, witryny będą już przywodzić na myśl leniwe letnie wycieczki. W kalendarzu z obrazkami na już przewróconej stronie nowy rok reprezentowały sanie, szaliki i przyjazne ludziki, ale rzeczywistość szła na niewiele kompromisów, a życie po tej stronie witryn niezbyt przypominało żywot, jakim cieszyły się manekiny. Tu zblazowani ludzie robiący zakupy przechodzili mozolnie z punktu do punktu po niebezpiecznie śliskiej mokrej podłodze; zmęczeni zatrzymali się, by odpocząć na betonowej półce otaczającej ozdobny zbiornik wodny, w którym kołysał się styropianowy kubek z pianą na krawędzi. Ta fontanna stanowiła centralny punkt, w którym spotykały się prowadzące ze wszystkich stron korytarze, i każdy, kto robił zakupy w Westacres, prędzej czy później tędy przechodził. A więc naturalnie to tu najczęściej przebywał Samit, by móc lepiej przyjrzeć się klientom.