Czwartek
Kiedy Reginald Iolanthe Perrin wychodził do pracy w czwartkowy poranek, nie zamierzał nazwać swojej teściowej hipopotamem. Nic podobnego nie przeszło mu nawet przez myśl.
Stanął na ganku swojego białego neogeorgiańskiego domu i pocałował żonę Elizabeth. Ta strzepnęła kawałek białej waty, który przyczepił mu się do marynarki, i podała mężowi czarną skórzaną teczkę. Były na niej wygrawerowane złote inicjały: R.I.P.
– Rozporek ci się rozpiął – szepnęła, chociaż w pobliżu nie było nikogo, kto mógłby ich usłyszeć.
– Ostatnio jakoś nie mam powodów, by go rozpinać – powiedział, podciągając suwak.
– Nie zadręczaj się tym – odparła Elizabeth. – To wina tych upałów.
Patrzyła, jak mąż idzie przez ogród. Był wysokim mężczyzną – prawie sto osiemdziesiąt centymetrów wzrostu – o zaokrąglonych ramionach i koślawych stopach. Miał bardzo owłosione ciało, w szkole przezywano go Mata Kokosowa. Szedł wielkimi krokami, pochylony w przód, w obawie przed spóźnieniem się na pociąg o 8:16. Miał czterdzieści sześć lat.