C.J. zapewnił pracownikom Słonecznych Deserów wszystko, co, według niego, powinna zapewniać porządna firma. Zapewnił im pomieszczenie socjalne z tarczą do rzutek i stołem do pingponga w rozmiarze trzy czwarte. Zapewnił im boisko w Chigwell, które dzielili z Narodowym Bankiem Japonii – to nie jego wina, że krety zniszczyły murawę do krykieta. Zapewnił im kółko teatralne, które wystawiało sztuki tak zróżnicowanych autorów jak Shaw, Ibsen, Rattigan, Coward i Briggs z Działu Wysyłek. I zapewnił im Doktorka Morrisseya.
Doktorek Morrissey był małym pomarszczonym ludzikiem z luźnymi fałdami skóry na twarzy. Cokolwiek dolegałoby jego pacjentom, on miał to samo, tylko gorzej.
– Mam bardzo ciężkie nogi – poskarżył się Reggie. – I dreszcze co jakiś czas. Chyba idzie na mnie letnia grypa.
Na ścianach wisiały schematy ludzkiego ciała. Doktorek Morrissey wetknął Reggiemu termometr w usta.
– U Elizabeth w porządku? – zainteresował się Doktorek.
– Wszystko u niej dobrze – odpowiedział Reggie z termometrem w ustach.
– Nic nie mów – nakazał mu Doktorek Morrissey. – Wypróżnianie bez problemów?
Reggie skinął głową.
– Jak się powodzi młodemu? – spytał Doktorek Morrissey.