Reggie wiedział, że cisza, która panowała tu po wyprowadzce Marka i Lindy, bardzo przytłaczała Elizabeth. Zawsze miał ochotę zacząć rozmowę, zawsze czuł, że za minutę czy dwie zmieni się w duszę towarzystwa, ale nigdy tego nie zrobił.
Tego wieczora miał wrażenie, że między nimi jest tafla szkła.
W powietrzu wisiał lepki upał. Zrobi się ciemno, jeszcze zanim nadejdzie ochłodzenie.
Reggie zamieszał kawę.
– Odwiedzimy w niedzielę hipopotama? – spytał.
– Co masz na myśli? – powiedziała Elizabeth.
– Twoją matkę. Pomyślałem, że dla odmiany nazwę ją hipopotamem.
Elizabeth wpatrywała się w niego zdumiona z szeroko otwartymi ustami.
– To niezbyt miłe – stwierdziła.
– Niezbyt miło jest mieć teściową, która wygląda jak hipopotam – odparł.
Zanim zgasili w sypialni światło, Elizabeth przez ponad pół godziny czytała książkę. Reggie nie próbował się z nią kochać. To nie była odpowiednia noc.
Leżał, nie mogąc zasnąć przez kilka godzin. Być może wiedział, że to dopiero początek.