Z wielkich okien biło światło równie ostre, jak blask księżyca oświetlający budynek.
Cholera, rzeczywiście upiększenie stolicy, pomyślał mężczyzna.
On nie widział tu obietnic stworzenia w przyszłości nowej dzielnicy, tylko przeszłość. Tu bowiem mieściła się kiedyś główna shooting gallery w Oslo, terytorium narkomanów, gdzie robili sobie zastrzyki i odurzali się za przepierzeniem w postaci baraków, ledwie osłaniających skazane na zatracenie dzieci tego miasta. Lekka ścianka oddzielała ich od niczego nieświadomych, obdarzonych dobrą wolą rodziców socjaldemokratów. Upiększenie, powtórzył w myślach. Idą do piekła w piękniejszym otoczeniu.
Minęły trzy lata, odkąd stał tu ostatnio. Wszystko było nowe. Nic się nie zmieniło.
Rozsiedli się na pasie zieleni między dworcem a autostradą. Tak samo nieprzytomni jak wtedy. Rozciągnięci na plecach, z zamkniętymi oczami, jakby słońce świeciło za mocno, przykucnięci w poszukiwaniu żyły, która jeszcze żyła, albo złożeni wpół z ćpuńskim ugięciem kolan i plecakiem, niepewni, czy idą dokądś, czy skądś wracają. Te same twarze. Oczywiście nie te same żywe trupy co wtedy, kiedy tu był, bo tamci już dawno umarli naprawdę. Ale twarze te same.