Mężczyzna w lnianym garniturze zauważył stojącego na schodkach chłopaka w czerwono-białej koszulce Arsenalu. Przed nim cztery osoby przestępowały z nogi na nogę. Głowa zawodnika Arsenalu obracała się w lewo i w prawo nerwowymi szarpnięciami jak łepek kury. Cztery pozostałe głowy były nieruchome, wpatrzone w chłopaka w piłkarskiej koszulce. Ekipa. Diler na schodach czekał, aż będzie dostatecznie duża na jeden pełny ruch. Może potrzebował pięciu, może sześciu. Kiedy zbierze się komplet, zainkasuje pieniądze za zamówienia i zaprowadzi ich tam, gdzie są narkotyki. Za róg albo na jakieś podwórze, do czekającego partnera. Prosta zasada. Ten, który trzyma narkotyki, nigdy nie ma kontaktu z pieniędzmi, a ten, który zbiera pieniądze, nigdy nie ma kontaktu z narkotykami. Utrudniało to policji zdobycie twardych dowodów na handel narkotykami. Mimo to mężczyzna w lnianym garniturze aż się wzdrygnął, bo rozpoznał w tym dawną metodę jeszcze z lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych. Później, kiedy policja zrezygnowała z łapania ulicznych handlarzy, dilerzy porzucili starannie przestrzegane procedury zbierania ekipy i zaczęli handlować bezpośrednio z klientami.