Mężczyzna w lnianym garniturze pokręcił głową i spojrzał na fasadę budynku, przed którym stał.
Ten sam poszarzały z brudu baner wisiał pod oknami czwartego, ostatniego piętra. „400 koron za noc!” Wszystko było nowe. Nic się nie zmieniło.
Recepcjonista w hotelu Leon był nowy. Młody chłopak przywitał mężczyznę w lnianym garniturze z zaskakująco uprzejmym uśmiechem i – jak na hotel Leon – zdumiewającym brakiem niedowierzania. Powiedział „Welcome” bez cienia ironii w głosie i poprosił o paszport. Mężczyzna doszedł do wniosku, że wzięto go za cudzoziemca z powodu opalonej skóry i garnituru z lnu. Podał chłopakowi czerwony norweski paszport, zniszczony, z wieloma stemplami. Zbyt wieloma, by jego życie dało się nazwać spokojnym.
– Aha – powiedział recepcjonista, oddając mu paszport. Położył na kontuarze formularz i podał gościowi długopis. – Zaznaczone rubryki wystarczą.