ROZDZIAŁ I
1.
W sali odwiedzin X Pawilonu wątła smuga światła z trudem sączyła się przez umieszczone pod sufitem okna, a kraty rzucały na ściany cienie w kształcie krzyży. Leontyna Rapacka, z trudem powstrzymując łzy, wpatrywała się w okute żelazem odrzwia. Czas, który pozostał do rozpoczęcia widzenia, zdawał się rozciągać w nieskończoność. Panna poczuła drapanie w gardle, więc sięgnęła po chusteczkę, ale nie zdążyła jej wyjąć, bo usłyszała wyczekiwany odgłos kroków: podkute buty z każdą chwilą coraz głośniej stukały o posadzkę. Jeszcze chwila i drzwi rozwarły się ze skrzypieniem, a dwóch uzbrojonych żandarmów wprowadziło aresztanta.
Odetchnęła z ulgą i uniosła dłoń w geście powitania. Narzeczony natychmiast ją zauważył i nie oglądając się na strażników, dopadł do kraty.
Stali naprzeciwko siebie w milczeniu. Leontyna przycisnęła rękę do piersi, próbując uspokoić serce, i nie spuszczała wzroku z ukochanego. Za każdym razem, kiedy go widziała, wydawał się mizerniejszy. A przecież wysyłała prowiant; oprócz niej więzień nie miał nikogo, kto mógłby się o niego zatroszczyć.