Chciała opowiedzieć mu o tylu sprawach... Często, leżąc w łóżku, układała przemowy, które miały podnieść go na duchu, ale kiedy tylko przekraczała bramę Cytadeli, czuła pustkę w głowie.
Zresztą w tym okropnym miejscu nie dało się spokojnie porozmawiać. Panna Rapacka przychodziła na widzenia od miesięcy, ale nie mogła przywyknąć, że od narzeczonego oddziela ją nie tylko podwójny rząd krat, ale także żandarm z karabinem, wsłuchujący się w każde słowo.
Najpewniejszym sposobem wymiany informacji pozostawały grypsy dostarczane przez przekupnego żandarma; tyle że o jednej sprawie Leontyna wolała opowiedzieć osobiście. O ile wystarczy jej odwagi.
Czas mijał, a ona nadal bez słowa wpatrywała się w więźnia.
– Oddali ci paczkę? – zapytała wreszcie, starając się, aby głos zabrzmiał naturalnie. – Zmizerniałeś.
– Nieważne. – Uśmiechnął się. – Jestem zdrowy.
– Odrzucili podanie o ślub – rzuciła jednym tchem i uchwyciła się kraty. – Drugi raz.
Zmienił się na twarzy. Miała wrażenie, że coś w nim zgasło.
– Może to dobrze.
– Nie mów tak. Złożę kolejne. Będę składać do skutku.