Warszawianka
Ida Żmiejewska — Literatura

Chciała opo­wie­dzieć mu o tylu spra­wach... Czę­sto, le­żąc w łóżku, ukła­dała prze­mowy, które miały pod­nieść go na du­chu, ale kiedy tylko prze­kra­czała bramę Cy­ta­deli, czuła pustkę w gło­wie.

Zresztą w tym okrop­nym miej­scu nie dało się spo­koj­nie po­roz­ma­wiać. Panna Ra­packa przy­cho­dziła na wi­dze­nia od mie­sięcy, ale nie mo­gła przy­wyk­nąć, że od na­rze­czo­nego od­dziela ją nie tylko po­dwójny rząd krat, ale także żan­darm z ka­ra­bi­nem, wsłu­chu­jący się w każde słowo.

Naj­pew­niej­szym spo­so­bem wy­miany in­for­ma­cji po­zo­sta­wały grypsy do­star­czane przez prze­kup­nego żan­darma; tyle że o jed­nej spra­wie Le­on­tyna wo­lała opo­wie­dzieć oso­bi­ście. O ile wy­star­czy jej od­wagi.

Czas mi­jał, a ona na­dal bez słowa wpa­try­wała się w więź­nia.

– Od­dali ci paczkę? – za­py­tała wresz­cie, sta­ra­jąc się, aby głos za­brzmiał na­tu­ral­nie. – Zmi­zer­nia­łeś.

– Nie­ważne. – Uśmiech­nął się. – Je­stem zdrowy.

– Od­rzu­cili po­da­nie o ślub – rzu­ciła jed­nym tchem i uchwy­ciła się kraty. – Drugi raz.

Zmie­nił się na twa­rzy. Miała wra­że­nie, że coś w nim zga­sło.

– Może to do­brze.

– Nie mów tak. Złożę ko­lejne. Będę skła­dać do skutku.