Warszawianka. Gdy zgasną światła
Ida Żmiejewska — Literatura

Fia­kier skrę­cił w Świę­to­krzy­ską, a po kilku mi­nu­tach wy­je­chał na Kra­kow­skie Przed­mie­ście tęt­niące swym zwy­kłym ner­wo­wym ryt­mem. Ele­ganc­kie damy prze­cha­dzały się w to­wa­rzy­stwie dżen­tel­me­nów, pen­sjo­narki spie­szyły do szkoły pod opieką po­ko­jó­wek. Do­rożki i tram­waje wio­zły lu­dzi za­ję­tych swo­imi spra­wami. Wszystko było tak roz­czu­la­jąco zna­jome – Le­on­tyna nie miała wąt­pli­wo­ści, że znowu zna­la­zła się w domu.

Wje­chali w Se­na­tor­ską, a po­tem w Mio­dową i wresz­cie za­trzy­mali się nie­opo­dal sądu, przed bramą ka­mie­nicy, w któ­rej mie­ściła się kan­ce­la­ria me­ce­nasa Pasz­kie­wi­cza. Le­on­tyna za­pła­ciła woź­nicy i po­mo­gła sio­strze wy­siąść z po­jazdu.

– Nie­źle mu się po­wo­dzi. – He­lena po­pra­wiła ka­pe­lusz i uważ­nie przyj­rzała się ozdob­nej bra­mie bu­dynku.

– Jest wzię­tym ad­wo­ka­tem. Oj­ciec chyba sporo go na­uczył.