Warszawianka. Gdy zgasną światła
Ida Żmiejewska — Literatura

– Mama po­szła do ko­ścioła – od­parła Le­on­tyna, od­wza­jem­nia­jąc uścisk ciotki. – Hela od­po­czywa.

– Jak się czuje?

Młod­sza panna Ra­packa, która na wła­sne oczy wi­działa śmierć brata, przy­pła­ciła tę tra­ge­dię cho­robą. Na tyle po­ważną, że le­ka­rze za­częli oba­wiać się su­chot, więc pani Ame­lia nie­długo po po­grze­bie wy­wio­zła córki za gra­nicę.

– Pra­wie do­szła do sie­bie. – Le­on­tyna nie po­tra­fiła zli­czyć bez­sen­nych go­dzin spę­dzo­nych przy łóżku sio­stry.

– Do­brze. – Ciotka ode­tchnęła z ulgą i wresz­cie wy­pu­ściła ją z ob­jęć. – Mar­twi­łam się o nią. Wciąż za­sta­na­wiam się, jak...

– Cio­ciu, nie mówmy o tym, pro­szę... – Le­on­tyna po­czuła dła­wie­nie w gar­dle; nie chciała wra­cać do wy­da­rzeń z prze­szło­ści, więc szybko zmie­niła te­mat: – Co się działo, kiedy nas nie było?

– O tym, że umarła star­sza pani Bu­rzyń­ska, już wam pi­sa­łam. Ksa­wery szcze­rze ża­łuje matki, ale Okta­wia chyba ode­tchnęła z ulgą.