Warszawianka. Gdy zgasną światła
Ida Żmiejewska — Literatura

Pani Wi­ry­dianna Bu­rzyń­ska, ską­d­inąd uro­cza dama sta­rej daty, która na­wet po osiem­dzie­siątce za­ska­ki­wała do­sko­nałą pa­mię­cią i ostrym ję­zy­kiem – a miała o czym opo­wia­dać! – była je­dyną osobą po­tra­fiącą sku­tecz­nie po­skro­mić ciotkę Okta­wię, więc nic dziw­nego, że sy­nowa bała się jej ni­czym dia­beł świę­co­nej wody.

– Po­ju­trze u Świę­tego Alek­san­dra jest msza za du­szę zmar­łej. O pią­tej po po­łu­dniu. Przyj­dzie­cie?

– Oczy­wi­ście.

– Ja­nu­szowa pew­nie się nie po­jawi – kon­ty­nu­owała Ro­za­lia. – Spo­dziewa się dziecka. Roz­wią­za­nie już za kilka ty­go­dni.

Ku­zyn, kiedy wresz­cie przy­jął do wia­do­mo­ści re­kuzę od Le­on­tyny, po­słu­chał su­ge­stii ro­dzi­ców i oże­nił się z panną Fe­li­cją Wy­rzy­kow­ską, córką jed­nego z kon­tra­hen­tów ojca.

– Wy­obraź so­bie, że Ja­nusz uspo­koił się po ślu­bie. Aż dziw bie­rze, kiedy się na niego pa­trzy. Jakby ktoś go pod­mie­nił.

– Cie­kawe, czy bę­dzie chło­piec, czy dziew­czynka? – za­sta­na­wiała się gło­śno Le­on­tyna, któ­rej nie in­te­re­so­wało za­cho­wa­nie daw­nego wiel­bi­ciela.

– Okta­wia li­czy na wnuczkę, za­wsze ma­wiała, że z dziew­czyn­kami jest mniej pro­ble­mów niż z chłop­cami.