Pochylił się i spojrzał jej w oczy. Widziała w tym spojrzeniu i tęsknotę, i zachwyt.
Zawsze patrzył na nią w ten sposób. Od pierwszego spotkania u Mani, koleżanki z pensji, podczas poetyckiego wieczorku, który odbył się kilka dni po jego przyjeździe z Kijowa. Później, kiedy lepiej się poznali, powiedział, że spodobała mu się od pierwszego wejrzenia.
– Zostaw wszystko jak jest – odezwał się zduszonym głosem. – Może nie powinniśmy się pobierać.
– Ignacy! – krzyknęła tak głośno, że spacerujący między kratami żandarm odwrócił się w ich stronę. Pokiwał karcąco palcem.
– Już dobrze – wyszeptał narzeczony. – Zwyczajnie boję się o ciebie.
Leontyna od miesięcy nie przestawała zamartwiać się o wynik śledztwa. Pocieszała się jednak myślą, że jeśli dojdzie do procesu, jej ojciec, świetny adwokat, zrobi wszystko, aby wykazać absurd zarzutów wobec przyszłego zięcia.
Żandarm dał znak, że widzenie dobiegło końca.
– Przyjdę w następną sobotę.