Warszawianka
Ida Żmiejewska — Literatura

Po­chy­lił się i spoj­rzał jej w oczy. Wi­działa w tym spoj­rze­niu i tę­sk­notę, i za­chwyt.

Za­wsze pa­trzył na nią w ten spo­sób. Od pierw­szego spo­tka­nia u Mani, ko­le­żanki z pen­sji, pod­czas po­etyc­kiego wie­czorku, który od­był się kilka dni po jego przy­jeź­dzie z Ki­jowa. Póź­niej, kiedy le­piej się po­znali, po­wie­dział, że spodo­bała mu się od pierw­szego wej­rze­nia.

– Zo­staw wszystko jak jest – ode­zwał się zdu­szo­nym gło­sem. – Może nie po­win­ni­śmy się po­bie­rać.

– Ignacy! – krzyk­nęła tak gło­śno, że spa­ce­ru­jący mię­dzy kra­tami żan­darm od­wró­cił się w ich stronę. Po­ki­wał kar­cąco pal­cem.

– Już do­brze – wy­szep­tał na­rze­czony. – Zwy­czaj­nie boję się o cie­bie.

Le­on­tyna od mie­sięcy nie prze­sta­wała za­mar­twiać się o wy­nik śledz­twa. Po­cie­szała się jed­nak my­ślą, że je­śli doj­dzie do pro­cesu, jej oj­ciec, świetny ad­wo­kat, zrobi wszystko, aby wy­ka­zać ab­surd za­rzu­tów wo­bec przy­szłego zię­cia.

Żan­darm dał znak, że wi­dze­nie do­bie­gło końca.

– Przyjdę w na­stępną so­botę.