Po raz pierwszy ukazała mu się w Wigilię. Tego wieczoru położył się wcześnie i potwornie się nad sobą użalał – jako jedyny w całym tym hałaśliwym budynku nie miał dokąd pojechać na święta – gdy po drugiej stronie uliczki zapaliło się światło i ciepła poświata zastąpiła ziejącą zazwyczaj w jego oknie pustkę. Usiadł, wstał, podszedł do okna i wyjrzał na zewnątrz. Kręciła się po pokoju w gorączce układania, rozpakowywania, wyciągania kolorowych sukienek z kompletu dużych walizek. Jej okno było tak blisko, ona była tak blisko – ich mieszkania oddzielał dystans jednego ambitnego susa – że cofnął się szybko o parę kroków, by pełniej roztopić się w ciemności. Kucał tam, na krótką chwilę zamieniwszy się w widza, aż poczuł, że robi coś niestosownego, nieprzyzwoitego, po czym skruszony wrócił do łóżka. Od tamtej pory jednak, od kilku tygodni, wraca do tego okiennego teatru, i to częściej, niż byłby gotów przyznać. Czasem siedzi tutaj, w ukryciu, i przez kilka minut obserwuje.