Obserwował ją z drugiej strony beztlenowej uliczki i sądził, że w tym momencie jest piękna, chociaż słowo „piękna” nagle wydało mu się zbyt ograniczone, by pomieścić w sobie całą tę sytuację. Piękno ma twarz i publiczną, i prywatną, pomyślał, i jedna zwykle znosi drugą. Na odwrocie chicagowskiej pocztówki napisał do niej wiadomość: Przy mnie nigdy nie musiałabyś udawać. Wyrzucił ją i zaczął od nowa: Nie musiałabyś być kimś, kto próbuje być kimś innym. Nie wysłał ich jednak. Nigdy ich nie wysyła.
Czasem w jej mieszkaniu jest ciemno i wtedy on zajmuje się swoimi sprawami – zwyczajnymi, ograniczonymi – zachodząc w głowę, gdzie dziewczyna może się podziewać.
Wtedy ona obserwuje jego.
Siedzi w oknie, w ciemności, niewidoczna.
Przygląda mu się, obserwuje go, dostrzega jego bezruch, spokój, podziwia sposób, w jaki siedzi po turecku na łóżku i godzinami po prostu wytrwale czyta. Zawsze sam. Jego mieszkanie – posępne małe pudełko z gołymi białymi ścianami, półką z pustaków i rozłożonym na podłodze futonem – nie jest miejscem oczekującym gości. Samotność, jak się zdaje, ściska go jak butonierka.