Powiedzieć, że jest w jej mniemaniu przystojny, byłoby zbytnim uproszczeniem. Jest dla niej tym bardziej przystojny, im mniej on sam uświadamia sobie własną atrakcyjność – ciemna hiszpańska bródka przysłania delikatną twarz o dziecinnych rysach, a obszerne swetry maskują chuderlawe ciało. Niestrzyżone od kilku lat włosy opadają teraz w przetłuszczonych strąkach na oczy i sięgają brody. Ubiera się w stylu głęboko apokaliptycznym: czarne przetarte T-shirty, czarne wojskowe buty i ciemne jeansy, którym pilnie przydałyby się łaty. Nie widziała żadnego dowodu świadczącego o posiadaniu przez niego choćby jednego krawata.
Czasami staje przed lustrem bez koszuli, ziemisty, i przygląda się sobie z dezaprobatą. Jest taki drobny – niski, anemiczny, zabiedzony jak narkoman. Wystarczają mu papierosy i sporadyczne posiłki – zazwyczaj coś w plastikowym opakowaniu do odgrzania w mikrofalówce, czasami w proszku do rozrobienia w wodzie, rzeczy ledwo nadające się do jedzenia. Obserwując to, czuje się jak wtedy, gdy widzi nierozważne gołębie siadające na śmiercionośnych szynach prądowych chicagowskiej „elki”.
Ten chłopak potrzebuje w swoim życiu warzyw.