Wiatrołomy
Robert Małecki — Kryminalne i sensacyjne

Skręci­li w re­mon­to­wa­ną Che­łmi­ńską, gdzie po le­wej stra­szy­ły ru­iny daw­nych za­kła­dów mi­ęsnych. Mie­li naj­pierw po­je­chać do ko­men­dy po­li­cji, zo­sta­wić do­ku­men­ty, któ­re Bo­re­wicz za­brał ze sobą z se­kre­ta­ria­tu.

Wy­czu­ła na so­bie spoj­rze­nie ko­le­gi.

– Nie od­bie­rzesz? – zdzi­wił się.

Wes­tchnęła. Bała się nie­zna­nych nu­me­rów. Za­zwy­czaj ozna­cza­ły kło­po­ty.

W ko­ńcu wci­snęła przy­cisk ozna­czo­ny zie­lo­ną słu­chaw­ką.

– Halo? – rzu­ci­ła.

– Pani ko­mi­sarz Ma­ria Her­man? – roz­le­gł się mo­no­ton­ny głos star­szej ko­bie­ty.

– Tak, to ja. O co cho­dzi?

– Lu­cy­na Wit­berg z tej stro­ny. Nie zna­my się – za­strze­gła, ale Her­man wie­dzia­ła już, że ma do czy­nie­nia z mat­ką, któ­rej w lip­cu ty­si­ąc dzie­wi­ęćset dzie­wi­ęćdzie­si­ąte­go dru­gie­go roku po­rwa­no dziec­ko. Nie­mal dwu­mie­si­ęcz­ne nie­mow­lę. W tej spra­wie przy­je­cha­li do Gru­dzi­ądza. – Była pani umó­wio­na z moim mężem, An­drze­jem Wit­ber­giem.

– To praw­da – od­pa­rła po­li­cjant­ka. Bo­re­wicz zer­k­nął na nią i zmarsz­czył czo­ło, jak­by chciał za­py­tać, kto dzwo­ni i cze­go chce.