Skręcili w remontowaną Chełmińską, gdzie po lewej straszyły ruiny dawnych zakładów mięsnych. Mieli najpierw pojechać do komendy policji, zostawić dokumenty, które Borewicz zabrał ze sobą z sekretariatu.
Wyczuła na sobie spojrzenie kolegi.
– Nie odbierzesz? – zdziwił się.
Westchnęła. Bała się nieznanych numerów. Zazwyczaj oznaczały kłopoty.
W końcu wcisnęła przycisk oznaczony zieloną słuchawką.
– Halo? – rzuciła.
– Pani komisarz Maria Herman? – rozległ się monotonny głos starszej kobiety.
– Tak, to ja. O co chodzi?
– Lucyna Witberg z tej strony. Nie znamy się – zastrzegła, ale Herman wiedziała już, że ma do czynienia z matką, której w lipcu tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątego drugiego roku porwano dziecko. Niemal dwumiesięczne niemowlę. W tej sprawie przyjechali do Grudziądza. – Była pani umówiona z moim mężem, Andrzejem Witbergiem.
– To prawda – odparła policjantka. Borewicz zerknął na nią i zmarszczył czoło, jakby chciał zapytać, kto dzwoni i czego chce.