– Obawiam się, że to niemożliwe – usłyszała Herman w głośniku. Miała wrażenie, że rozmawia z flegmatycznym botem.
– Dlaczego? – zdziwiła się. – Przecież zależało mu na tym spotkaniu. Poza tym jesteśmy już w mieście – dodała, taksując wzrokiem niewysokie kamienice wzdłuż drogi. Jechali wolno w długim sznurze aut, bo dwa pasy jezdni zwężały się do jednego. Środkiem biegło remontowane torowisko tramwajowe. Terkot maszyny rozłupującej asfalt zagłuszał głos w telefonie.
– Chodzi o to... – kontynuowała kobieta – że mojego męża nie ma...
– Ale przecież umówił się z nami! – Herman weszła jej w słowo, nie kryjąc złości.
– Nie dała mi pani dokończyć – skarciła ją rozmówczyni. – Mojego męża, proszę pani, nie ma od wczoraj.
– Co to znaczy? Wyjechał? – skrzywiła się policjantka.
– Nie. Zaginął – westchnęła Lucyna Witberg i jej głos się załamał. – Tak jak moje ukochane dziecko.