Niby skończyli jeść, zostały tylko kości po kogucie, lecz szkoda jakoś wstawać od talerzy, kogut nie co dzień jest na obiad i nawet nie co niedziela. Więc obgryzają te kości z pozostawionych chrząstek, ścięgien, gryzą, miażdżą, wysysają. Wujek Stefan mówi, że w kościach jest najlepsze, i najgrubszą kość zgruchocze w swoich mocnych, zdrowych zębach. A kiedy ssie, to jakby pogwizdywał. I także dziadek, rozłupawszy nożem swoją kość po udzie, bo nie dałby przecież rady tymi paroma starymi zębami, mamle ją na wszystkie sposoby i potwierdza, że najlepsze. A bo w kościach jest sam smak, mówi wujenka Jadwinka i posysa cieniutko, ale też i kostki przypadły jej cieniutkie, ledwo żeberka czy ze skrzydełka. Wujek Władek za to ssie, aż mu się w policzkach doły robią, i najgłośniej ze wszystkich. Ale też dla wujka każda kość ma inny smak, inny z uda, inny ze skrzydełka, z szyi, a najlepszy jest w łepku, mówi, ale łepek ma akurat matka. Potrafi zresztą ssać i bez ssania, obracając tylko kość w gębie, aż na wiór ją samą śliną przerobi. Lecz kiedy chce dziadkowi dokuczyć, ssie na całą izbę.