Nie możesz, chorobo, ciszej, dziadek nie znosi takiego ssania. I nie dlatego, że sam nie może, lecz wszystko, co od innych odstaje, psuje zgodę w rodzinie, to i ssać powinien każdy tak, żeby się zgadzało, chociaż każdy po swojemu i wedle kości, jaka mu przypadła. Bo wiadomo, kości kościom nierówne, choć z jednego koguta. Są kości, kostki, kosteczki, kosteńki, ale wszystko to się przecież zgadzało w kogucie, to i odgłosy tego ssania, choć różne, powinny się zgadzać, jakby kogut piał. Mógłbym po ciemku rozróżnić, że to wujek Stefan ssie, a to dziadek wysysa, wujek Władek, wujenka Jadwinia, wujenka Marta, babka.
Matka tylko nie ssie. Miastowa już się stałaś, o, miastowa, mówi wujek Stefan, nawet kości ssać już nie potrafisz. Ale zanim za mąż wyszłaś, potrafiłaś. Sporo lat tu z nami żyłaś i ssaliśmy, pamiętasz? Nie zapomina się tak prędko, kiedy coś się potrafiło, i od pierwszych zębów. I z politowaniem patrzą, jak matka oskrobuje sobie nożem te kosteczki z łepka, z nóżek, a przecież wystarczyłoby powsadzać je w zęby i wyssać. Najlepszy smak cię ominie, użala się wujek Stefan. Tak jak oni wyssą, że nawet pies się już nie naje.