Skąd się wziął ów fotograf w tę letnią słoneczną niedzielę, w samo południe, na naszej drodze? I któż to mógł być, skoro nikt we wsi nie miał aparatu fotograficznego? Chciał ktoś zrobić sobie zdjęcie, musiał jechać do miasta. No, i raz na rok na świętego Wincentego, kiedy odpust był, przyjeżdżał fotograf. Lecz robił tylko zdjęcia w wyciętym sercu, w mundurze ułana i na wielbłądzie, na pustyni, w stroju beduina. Te trzy tablice tylko z sobą woził, podobno od przedwojny jeszcze. Wystarczyło wstawić głowę i miało się zdjęcie, jakie kto chciał, w tym sercu, w mundurze ułana czy na wielbłądzie, na pustyni, w stroju beduina. Wujek Władek miał wszystkie trzy. Kiedy się sprzeczali z dziadkiem i dziadek nie miał już na wujka sposobu, wypominał mu te zdjęcia. Na wielbłądzie, zaraza. Ułan, zaraza. Jak dziewczyna w sercu, zaraza. No, nie pstro ma toto w głowie?
Lecz czy to akurat była wujka wina, że miał i w tym sercu, i w mundurze ułana, i na wielbłądzie, na pustyni, w stroju beduina, skoro nikt we wsi nie miał aparatu fotograficznego, a do miasta nigdy by wujek nie pojechał zrobić sobie zdjęcia, do miasta kiedy jeździł, to tylko na jarmarki. Poza tym lubił odpusty.