Za to w zwykły dzień tygodnia nie przeszło się przez wieś, żeby się nie natknąć na Hankego, jak z tym aparatem na piersiach, nieraz od samego rana, łowił ludzi niczym diabeł dusze i pstrykał. Pstryk. Pstryk. Czy to taką służbę ma, czy taką mściwość? Bo nikomu nie darował, młodym, starym, chłopom, babom, dzieciom.
Blady strach na wieś padał, kiedy Hanke pojawiał się z tym aparatem. Matki zabierały dzieci z drogi, zdejmowały suszące się garnki z płotów, suszące się łachy ze sznurów, bo nie daj, Boże, jeszcze weźmie pstryknie. Czy krowy ktoś gnał, to zawracał. Czy jechał ktoś furą, to podcinał konia i uciekał, a było za późno, bo Hanke tuż tuż, to zostawiał konia, furę, bat i wpadał w najbliższe obejście albo krył się w najbliższej zagacie. Czy na ławeczce pod chałupą ktoś siedział, to myk do chałupy jak zając. A nawet gdy ktoś odświętnie był ubrany, bo akurat szedł do księdza ślub lub pogrzeb załatwić lub do miasta do starostwa się wybierał czy do sądu, też schodził Hankemu z drogi. Bo nie lubił Hanke, gdy spotykał kogoś odświętnie ubranego w zwykły dzień tygodnia. Takiego mógł wylegitymować, wyprzezywać, a nawet zaprowadzić na posterunek.