Szef prezydenckiej kancelarii wszedł do środka, zamknął za sobą drzwi i głęboko wciągnął powietrze nosem, jakby w gabinecie unosiła się jakaś podejrzana woń.
– Coś nie tak? – odezwała się Daria.
– Nie. Po prostu uwielbiam zapach problemów o poranku.
Seyda rozejrzała się za zegarkiem. Musiała ściągnąć go i zostawić w pokoju wypoczynkowym – który z wypoczynkiem właściwie miał tyle wspólnego, ile elektrownie węglowe z czystym powietrzem. Prezydent przebywała tam jedynie, kiedy nie miała żadnych dokumentów do podpisania, telefonów do wykonania ani innych rzeczy do załatwienia – a wówczas całą uwagę poświęcała głowieniu się nad swoimi problemami.
Czy bardziej dotyczyły jej, czy kraju, nie potrafiła powiedzieć. Na jednym i drugim froncie siły przeciwnika zdawały się mieć przytłaczającą większość.
– Parafrazujesz Czas apokalipsy? – spytała.
Korodecki usiadł przed biurkiem i wzruszył ramionami.
– W jakiś sposób wydało mi się to adekwatne.
– Aż tak beznadziejne wieści przynosisz?
– A czy przychodziłbym do pani z innymi?
– Właściwie od pewnego czasu cię o to nie podejrzewam.
– Całkiem słusznie.
Przez moment oboje milczeli.