– Ale na pani miejscu przesadnie bym się nie martwił – dodał w końcu Hubert, lekko się uśmiechając. – Początkujący żeglarz nigdy nie stanie się doświadczonym wilkiem morskim, jeśli będzie pływał po…
– Spokojnych wodach – ucięła Seyda. – Tak, tak.
Rozejrzała się i syknęła pod nosem z dezaprobatą.
– Która jest godzina, do cholery? – spytała.
– Piąta nad ranem.
Zerknęła na niego z niedowierzaniem.
– I już jesteś w pałacu?
– Zapomniałem pójść do domu, pani prezydent. Jakiś miesiąc temu.
– No tak – odparła pod nosem.
Korodecki zawsze był na posterunku, tak teraz, jak i kiedy ona była marszałkiem sejmu, a on szefem kancelarii. Nie wyobrażała sobie, by ktokolwiek inny stanął na czele organu, który miał zapewniać jej obsługę na nowym stanowisku. Hubert był zresztą jedyną osobą w polskiej polityce, której naprawdę ufała.
W dodatku z zasady zdawał się mieć do wszystkiego dystans. Szczególnie do złych wieści, których przekazywanie od pewnego czasu rzeczywiście było na porządku dziennym.
– Więc? – odezwała się. – O co chodzi?
– O szczyt w Malborku.
– Myślałam, że to zamknięta sprawa.
Korodecki poruszył się nerwowo.