Do samej wsi nie spotkała nikogo, zawróciła i ruszyła ponownie na Dwernik Kamień. Zbiegała dwadzieścia minut, podbieg zajmie jej jakieś pół godziny. Trasa spokojna, można trenować do zamęczenia, a to na razie nie nadchodziło. Czuła dziś moc w nogach, świeżość w płucach, a endorfiny szalały po całym ciele. Szczyt się zbliżał, mgła nie ustępowała, Aga nieco zwolniła, odruchowo nasłuchując, czy nie dotrze do niej ponownie tajemniczy odgłos, który wzięła za krzyk, ale Bieszczady wypełniał jedynie spokój, który zadomowił się tutaj na dobre, niczym kot na ciepłym piecu.
Na szczyt wróciła jak do dobrze znanego miejsca. Stanęła przy ławce, oparła o nią kolejno lewą i prawą nogę, by poprawiać sznurowanie butów, sięgnęła po baton proteinowy i szybko odgryzła najpierw jeden, a potem drugi kęs, popiła izotonikiem. Planowała cyknąć sobie fotkę z tego miejsca, ale równie dobrze mogła to zrobić pod prysznicem, efekt byłby taki sam. Żadnych widoków, tylko szara ściana.