Poczuła chłód na plecach, a to był znak, właściwie ostrzeżenie, że organizm zarejestrował przerwę w wysiłku i zaczyna wygaszać silniki. Trzeba ruszać dalej. Poprawiła zapięcia plecaka i niechętnie odwróciła się od zamglonej panoramy. Planując ten urlop, miała nadzieję, że trafi na okno pogodowe, a tu szaro, zimno i jeszcze śnieg dookoła, fakt, że niewiele, ale zapowiadana na dziś śnieżyca pewnie dowali swoje.
Usłyszany za plecami szum nie był naturalny, nie powodował go wiatr ani korony drzew. Był obcy, a jednocześnie znajomy – ktoś przedzierał się przez krzaki.
Może coś?
„Niedźwiedzie jeszcze śpią o tej porze roku, daj spokój”. Czy aby na pewno? To była ciepła zima, kilkukrotnie temperatura podbijała słupki w termometrach powyżej dziesięciu. Jeśli to niedźwiedź, to co robić? Paść na ziemię i udawać trupa? Uciekać?
Te myśli przebiegły przez jej głowę w czasie, którego potrzebowała, aby obrócić się w stronę, z której doszedł dźwięk.
Nie, to nie był niedźwiedź. Sprawy miały się jeszcze gorzej.
To był człowiek.