To nie był piękny dzień, w taki nie dałoby się zakochać w górach. Powietrze przypominało mokrą zawiesinę, chmury smutno tańczyły na niebie, kolory można było dostrzec właściwie tylko na innym człowieku. Spojrzała na zegarek marki Garmin wskazujący gotowość do zmierzenia dzisiejszego treningu – trzydziestu kilometrów po Bieszczadach w szybkim tempie, tak sobie obiecała. Była siódma rano, zachód słońca dziś nastąpi o siedemnastej. Miała więc dziesięć godzin, a powinna wyrobić się w osiem. Opady śniegu zapowiadano dopiero na szesnastą, a wtedy będzie już stała pod prysznicem w przytulnym pokoju pensjonatu Anna, czując uciekające z niej resztki endorfin po długim i męczącym biegu. Temperatura utrzymywała się lekko na plusie, ale ziemia po nocy była zmarznięta, powinno dobrze się biec.