Wstyd
Robert Małecki — Literatura

Zerknęła na policjantów. Kordecki nadstawił ucha, a Herbst wstał i podszedł do niej.

– Jak to wrócił do domu? Co ty wymyślasz? – Poczuła, jakby niewidzialne ręce zacisnęły się jej na nerkach. Ból w dole pleców był obezwładniający.

– Źle się poczuł i stwierdził, że woli wrócić do domu. Chcieliśmy go z Sebą odprowadzić, ba, rodzice Seby chcieli go odwieźć, ale upierał się, że da radę. Wieczorem przysłał mi esa, że już mu lepiej i że kładzie się spać.

Karla przymknęła oczy i przytrzymała się oparcia sofy.

– Janek nie wrócił do domu na noc – powiedziała głucho i nagle zdała sobie sprawę z powagi sytuacji. Noc była wyjątkowo mroźna. Syn źle się poczuł.

Zbyt długo była policjantką, by pewne obrazy wyrzucić z głowy. Z każdym biciem serca pamięć podrzucała ich coraz więcej. Plama krwi na śniegu, zamarznięte, niemal białe ciało czterolatki, szron na brodzie zmarłego z wyziębienia kloszarda, sine usta staruszki z sąsiedztwa. Kalejdoskop śmierci. Przekleństwo pracy gliniarza.

Czarny scenariusz zawirował w jej głowie, a szum krwi tężał w uszach.

– Mamo? – odezwał się Paweł, a ona ledwie go usłyszała.

– Zaraz po ciebie przyjadę. – Trzęsącą się ręką zakończyła połączenie.

Ciąg dalszy w wersji pełnej