Wstyd
Robert Małecki — Literatura

Herbst musiał powstrzymać śmiech, ale Kordecki przygryzł dolną wargę i zmarszczył nos.

– Sama sobie szkodzisz, Karla. – Podkomisarz wydawał się zawiedziony. – Ale jeszcze wrócimy do tej rozmowy. Na razie chciałbym cię prosić, żebyś wezwała chłopców.

– Po co?

– Zadzwoń po nich, jeśli nie chcesz, żebyśmy zaprosili Pawła na komisariat.

Karla z niedowierzaniem pokręciła głową. Wróciła na sofę, gdzie zostawiła komórkę. Nie usiadła. Wybrała numer do Pawła i tak długo wpatrywała się w Kordeckiego, aż ten w końcu przeniósł wzrok na puste kartki w notesie.

Syn odebrał po kilku sygnałach.

– Co tam?

– Migiem do domu – rzuciła, nie pozostawiając pola do dyskusji.

– Słucham? – zdziwił się.

– Jest u mnie policja. Macie natychmiast wrócić do domu. Nie zaraz, nie za chwilę. Natychmiast. Obaj. Czy to jasne? – cedziła słowa.

– Ale jak to?

Nabrała powietrza, żeby nie wybuchnąć.

– Czego nie rozumiesz?

– No bo Janka tu nie ma.

– Co to znaczy? – Zaskoczył ją, a Herbst i Kordecki wymienili spojrzenia.

– No, mama – jęknął. – Nie wkręcaj mnie i nie rób sobie jaj, dobra?

– Paweł! – syknęła.

– No przecież Janka tu nie ma – oznajmił syn oburzony.

– Nie ma go?

– No mama, halo! Wczoraj wrócił do domu. Nie nocował z nami.