Matka Cass niezbyt dobrze radziła sobie z nową sytuacją. Jej żywiołem były zakupy. Znała imiona wszystkich miejscowych kurierów. Jej garderoba stanowiła sekretną oazę nienoszonych swetrów i szali, butów tłoczących się na półkach niczym gromada tancerek, które tylko czekają, aż będzie im dane wysypać się na scenę. Teraz, w zmienionych okolicznościach, nie mogła sobie pozwolić nawet na rzeczy z wyprzedaży. Dla Imeldy to było jak wyrok śmierci. Nie licząc zebrań komitetu upiększania miasta na zapleczu butiku Olivii Smythe przy Main Street, właściwie przestała się pokazywać w miasteczku.