Dziwne, powiedziała Elaine i tym razem Cass musiała się z nią zgodzić. Imelda niczego w życiu tak nie lubiła jak pozowania do zdjęć. Dom wypełniały darmowe gazety i kolorowe czasopisma, w których na ostatnich stronach można było podziwiać jej promienny uśmiech – a to podczas miejskiego konkursu talentów, a to na świątecznym obiedzie Lionów, a to w nowym sklepie Hermès, a to na ponownym otwarciu pubu U Coady’ego. Zazwyczaj stała obok burmistrza, proboszcza albo jednej z koleżanek z komitetu upiększania miasta, która wyglądała przy Imeldzie blado, żółto lub grubo. Myśl, że matka Cass mogłaby nie chcieć zapozować do zdjęcia na własnym weselu, wydawała się całkiem niedorzeczna.
Resztę popołudnia spędziły w pokoju Cass na snuciu różnych teorii spiskowych, ale żadna jej nie przekonywała. Wieczorem Cass przyszła do ojca, który oglądał telewizję, i usiadła koło niego na kanapie. Tato, a czy wy macie jakieś zdjęcia z waszego ślubu?
Wcześniej długo ćwiczyła to pytanie przed lustrem, żeby zabrzmiało naturalnie.