Nigdy się nie dowiedziały, czy pani Grehan miała jakiś związek z człowiekiem, który kupił passata lub fabię. Na lekcjach nie mówiła o swojej przeszłości, ani zresztą o swoim obecnym życiu, pełnym zamków i zachodów słońca. Mówiła o wielkich poetkach.
Wielkie poetki wiodły życie ekscytujące i pełne namiętności, a czasem nieszczęśliwe i pełne udręki. Lub jedno i drugie naraz. Opowiedziała im o Annie Achmatowej – Rosjance, która w młodości wyglądała jak gwiazda filmowa i pisała o swoich romansach, a na starość trafiła na indeks, władze zastrzeliły jej męża, uwięziły syna i zabrały jej pióro i papier, żeby nie mogła pisać. Opowiedziała im o Anne Sexton i Elizabeth Bishop – dwóch utalentowanych i nierozumianych kobietach, dręczonych myślami samobójczymi; ich życie, zarazem wspaniałe i okropne, samo w sobie przypominało wiersz, oskarżenie pod adresem świata, który do nich nie dojrzał. Opowiedziała o Safonie, starodawnej poetce z wyspy Lesbos, a gdy na dźwięk tej nazwy parę osób zachichotało pod nosem, zaczęła recytować wiersz, w którym Safonie na widok ukochanej wesoło żartującej z mężczyzną zazdrość odbiera mowę, kobieta czuje ogień pod skórą, a krew huczy jej w uszach.