Joanna zatrzymała się w progu i na moment zawiesiła wzrok na jego oczach. Z wnętrza budynku do jej nozdrzy dotarła charakterystyczna piżmowa woń, kojarząca się ze starymi świątyniami.
– Zordon – rzuciła.
– No?
– Można by powiedzieć, że jechałeś tu z określoną prędkością, ale byłoby to poświadczenie nieprawdy. Jechałeś z określoną wolnością.
Oryński pokręcił głową i zamaszystym ruchem ręki zasugerował Chyłce, żeby szła przodem. Skorzystała od razu, przekraczając próg kruchty, po czym nabrała nieco wody święconej z kropielnicy i szybko się przeżegnała.
– To trzeba było wieczorem nie pić – odparł. – Mogłabyś sama nadawać tempo iks piątce i…
– Wierz mi, gdybym wiedziała, jaka gehenna mnie czeka, byłabym wzorem abstynencji.
Kordian mruknął coś pod nosem.
– Co tam starasz się wykrztusić?
– Nic.
– Mhm – skwitowała z niezadowoleniem Joanna. – Tyle lat cię edukuję w sztuce łamania przepisów, Zordon, i wszystko jak…
– A widziałaś drogi, którymi tu jechaliśmy?
– Widziałam.
– I zauważyłaś, jakie pipidówy mijaliśmy?
– Zauważyłam – przyznała.
– Jedna z nich nazywała się Komory Błotne, Chyłka.
– No i? Całkiem niezgorsza nazwa.
– Ale dająca pojęcie o tym, jaka była kondycja nawierzchni.