– Iks piątka by sobie poradziła, gdybyś tylko dał jej szansę – oznajmiła Joanna, a potem wskazała wzrokiem kropielnicę.
Kordian zignorował ją i dał krok naprzód. Miał zamiar postawić kolejny, jednak ręka Chyłki na jego piersi skutecznie mu to uniemożliwiła.
– Przeżegnaj się.
Oryński zerknął na wodę święconą.
– Nie wypali ci skóry – dodała Joanna. – Chyba.
– Ale dostarczy mi wszystkich zarazków, które zostawili tam ludzie wpychający wcześniej do niej łapy.
– Daj spokój.
– A jak ktoś wcześniej drapał się po tyłku, a potem…
– Żaden przykładny katolik tego nie robi.
Kordian zmierzył wzrokiem swoją żonę.
– Nawet jeśli, to tych przykładnych nie ma wielu.
Stali naprzeciw siebie, patrząc sobie w oczy i czekając na rozwój wypadków.
– Zamocz badyla, Zordon.
– Bo?
– Bo inaczej jedynym, co będziesz moczył dziś w nocy, okażą się naczynia w zlewozmywaku.
Oryński powiódł wzrokiem po ozdobnych łukach, bogatym żyrandolu i w końcu utkwił wzrok w równie okazałym ołtarzu. Cały ten przepych mocno kontrastował z faktem, że znajdowali się na wsi, która mogła mieć w porywach tysiąc mieszkańców.
– Nie powinnaś stawiać takiego ultimatum w kościele – zauważył Zordon.
– Nie?
– To niemoralne.
Chyłka zbliżyła się o krok.