Chyłka znała go dobrze, on ją także. To u niego spowiadała się od wielu lat – ostatnim razem tuż przed ślubem. Pamiętała, że imię dostał po jakimś ściętym wczesnochrześcijańskim męczenniku z Rzymu, Kasjuszu, choć sam nigdy nie przywodził na myśl żadnego cierpiętnika – przeciwnie, jego fizys wskazywała, że lubi sobie dogodzić.
Aż do dzisiaj.
Dzisiaj bowiem jego koloratka była zakrwawiona, a twarz znaczyły mu liczne rany. Utykał, jakby za moment miał się przewrócić, mętny wzrok zaś świadczył, że kapłan jest w szoku.
Joanna natychmiast ruszyła główną nawą w jego kierunku, Zordon potrzebował chwili, by pomiarkować, że patrzą na kogoś, kto za moment może osunąć się na posadzkę.
Chyłka nie zdążyła w porę. Ksiądz zachwiał się, a potem nogi się pod nim ugięły. Zamortyzował nieco upadek, próbując uchwycić się jednej z ławek, ale wyrżnął na podłogę z cichym jękiem.
Mimo to uniósł uspokajająco dłoń, kiedy dwoje prawników znalazło się przy nim.
– Jezus Maria – rzuciła Chyłka. – Kto…
– Proszę cię – uciął ksiądz, wskazując wzrokiem ołtarz.
Uklękli przy duchownym, a Joanna dopiero teraz uzmysłowiła sobie, w czym rzecz.