Duchowny zerknął na Chyłkę, a potem na Oryńskiego. Skupił na nim swoją uwagę na dłużej, jakby od dawna czekał, by wreszcie się z nim spotkać. Może istotnie tak było.
– Miło mi cię poznać, Kordianie – odezwał się charakterystycznym łagodnym głosem pasterza, który dba o swoje owieczki.
– Wzajemnie – odparł szybko Zordon. – A teraz może zajmijmy się…
– Nic mi nie jest.
Oryński wyciągnął komórkę, co właściwie samo w sobie stanowiło komentarz, po czym zaczął wprowadzać numer alarmowy.
– Nie – rzucił czym prędzej Kasjusz. – Nie trzeba dzwonić po kogokolwiek.
– Tyle że ksiądz krwawi. I ma obrażenia, które…
– Proszę – uciął duchowny. – Bez policji.
– Planowałem raczej wezwać karetkę.
– Nie trzeba – zapewnił Kasjusz. – Naprawdę nic mi nie jest, potrzebuję tylko chwili, żeby dojść do siebie.
Chyłka bezsilnie westchnęła, a potem czujnym wzrokiem rozejrzała się po kościele.
– Dobra – rzuciła. – Macie tu jakieś środki opatrunkowe i inne takie?
– Na zakrystii coś się znajdzie.
Dwoje prawników pomogło księdzu wstać, a potem poprowadziło go w kierunku drzwi znajdujących się przy ołtarzu. Stękał i syczał z bólu, a Joannie przeszło przez myśl, że część obrażeń może nie być widoczna gołym okiem.