– Ale przecież nie jesteś żadnym kandydatem na samobójcę. Na tym, co robisz, zarabiasz pewnie majątek. A tymczasem chcesz zaryzykować własne życie.
Spróbowałem się uśmiechnąć.
– Jakie życie?
Rozejrzałaś się, wychyliłaś i lekko pocałowałaś mnie w usta.
– A jeśli nie spodoba ci się nasza miłość fizyczna?
– Wtedy wrzucę cię do Tamizy.
Roześmiałaś się i znów mnie pocałowałaś. Trochę dłużej, z lekko rozchylonymi wargami.
– Spodoba ci się – szepnęłaś mi do ucha.
– Obawiam się, że tak.
Zapadłaś w sen z głową na moim ramieniu. Opuściłem ci siedzenie i okryłem cię kocem. Potem rozłożyłem własny fotel, zgasiłem światło i próbowałem zasnąć.
Kiedy wylądowaliśmy w Londynie, wyprostowałem twój fotel i zapiąłem ci pas bezpieczeństwa. Wyglądałaś jak uśpione dziecko dzień przed Wigilią, miałaś na ustach ten swój delikatny uśmiech. Przyszła stewardesa i zabrała te same szklanki do wody, które stały na rozdzielającym nas podłokietniku, zanim jeszcze wystartowaliśmy z JFK, kiedy zapłakana wyglądałaś przez okno i byliśmy nieznajomymi.