Nagle zaczyna gorączkowo machać rękami, by zwrócić uwagę otaczających go ludzi i wskazuje na lód. Powtarza to samo słowo, tym razem nieco głośniej. Niektórzy uczestnicy wycieczki odsuwają się od niego, jakby był chory na dżumę. Ktoś pyta, co mu jest, ale on jest w stanie jedynie wskazywać palcem i powtarzać „sangue” coraz donośniej.
Jego głęboki głos niesie się po pokładzie. Jeden z fotografów podchodzi i prosi, by się uspokoił.
– Ta brązowa plama, to krew – Włochowi w końcu udaje się wykrztusić kilka słów po hiszpańsku.
Fotograf marszczy czoło i kieruje obiektyw aparatu na lód. Dziesięć sekund później rusza w kierunku wnętrza łodzi, przepychając się między turystami.
Nasz Włoch ignoruje pytania współpasażerów i zbiera się na odwagę, by ponownie spojrzeć przez lornetkę. W ciemnym punkcie, będącym źródłem zauważonej linii, dostrzega ludzkie ciało w pozycji embrionalnej. Człowiek ten ma na sobie czarną kurtkę i szarą czapkę, jaką z reguły noszą turyści – ale tego nie jest pewien. Nie ma jednak wątpliwości, że to zwłoki – ciemny ślad w lodzie utworzyła krew, która wypłynęła z ciała dawno temu. Nad głową pechowca znajduje się jeszcze dziesięć metrów litego lodu.