DZIEŃ PIERWSZY
Nieruchome ciało, kilkukrotnie przewiązane liną w pasie, unosiło się na tafli jeziora.
Dryfowało na brzuchu, z kończynami i głową zanurzonymi w lodowatej wodzie, więc nie było wątpliwości, że kobieta lub mężczyzna – co wciąż nie było jasne – nie żyje od dłuższego czasu.
Drugi koniec czarnego sznura znikał w toni. Raz się napinał, a raz rozluźniał, utrzymując zwłoki na uwięzi.
Komisarz Bernard Gross zauważył topielca kwadrans temu, gdy wszedł na stary drewniany pomost wędkarski. Noc rozpływała się wtedy w szarościach przedświtu, a zimowa mgła z wolna ustępowała.
Podeszwy jego skórzanych półbutów ślizgały się na oblodzonych deskach i obawiał się, że wpadnie do zimnej wody. Stąpał uważnie za każdym razem, zanim przeniósł ciężar ciała z jednej nogi na drugą, opierał but o deskę i pocierał lekko protektorem, aż ten złapał przyczepność.